Jakiś czas temu informowaliśmy o plenerze malarskim, który odbył się w Chrobrzu w 1983 roku. Zwieńczeniem tego wyjątkowego wydarzenia była wystawa poplenerowa oraz wydanie specjalnej broszury, w której zaprezentowano część powstałych prac. Niestety, ze względu na formę publikacji, reprodukcje zamieszczono jedynie w czerni i bieli. Broszura zawiera również interesujący tekst autorstwa jednego z uczestników pleneru – artysty Bolesława Cetnera, który opisuje przebieg wydarzenia z własnej perspektywy.
Dziś przypominamy ten ciekawy materiał. Dodatkowo prezentujemy kilka obrazów z tamtego pleneru, które dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji zostały cyfrowo pokolorowane, pozwalając spojrzeć na te prace w zupełnie nowej odsłonie.
"Znowu się spotykamy. Już siódmy raz na Ponidziu — tym razem w Chrobrzu. Z naszych marzeń–zamysłów na razie udało się zrealizować główny plan taktyczny: przestaliśmy się cofać i zwiększyliśmy obsadę do 30 uczestników, wychodząc poza granice okręgu kieleckiego.
Nasi goście — z Łodzi, Krakowa, Warszawy, Wrocławia, Częstochowy, Śląska i Radomia, ci „starzy druhowie” i nowi, malując rodzimy pejzaż — stworzyli od nowa zalążek przyszłego krajowego zgrupowania dla wystawy krajobrazu polskiego, a więc: może kiedyś Biennale, z którego, mimo przeciwności losu, nie zrezygnujemy. Tych trzydziestu, zebranych dość dorywczo (pozostawiono nam wyjątkowo mało czasu na organizację), to ludzie przeróżni. Rozpiętość wieku dość znaczna, bo wydłuża ją niezmiennie (oby jak najdłużej) nasz nestor A.W. — „W”, konsekwentnie uczestnicząc we wszystkich plenerach. Pracowało też w tym roku kilku najmłodszych kolegów. Można także obserwować różne postawy i widzenia, o czym nie piszę — bo i po co? Widać to w galerii. Różne też były ambicje i różne efekty.
Poglądu, że w Chrobrzu godne do zanotowania są tylko dwa fakty w historii, to jest: założenie osady przez Chrobrego w 1020 r. i obecny plener w 1983 r., a głównie udział w nim... poza może dwiema osobami, raczej nie podzielano.
Działo się w tych trzech tygodniach sporo. Spadały na nas różne zdarzenia, ale świetna lokalizacja, przyzwoite zaopatrzenie sklepu łagodziły narastające stresy — oczywiście w miarę wybitnie zmniejszonych kryzysem u artystów zdolności oddziaływania na rynek (nie sztuki).
Ogólnie biorąc Chroberz — co powinno być widoczne na obrazach — to zamożna osada otoczona ziemią I kategorii, co daje w konsekwencji swoisty wygląd pól. Tytoń i mak, gdzieniegdzie buraki i trochę pszenicy, na północy płynie dość pokaźna już tutaj Nida, w której w pobliżu brodu przy moście straszy (może tylko w sezonie ogórkowym) swoisty potwór „Nessie” — legendarny sum, porywający ponoć gromadzące się tutaj z całej wsi gęsi na owej płyciźnie. Nasz znakomitszy i najwytrwalszy wędkarz — Kazi Perliński — omijał starannie ten rejon, bo ma cenne, bardzo cienkie żyłki i bał się po prostu o swój finezyjny sprzęt. Był za to mężem opatrznościowym pleneru, bo nie ma w Polsce takich narzędzi, których Kazik nie miałby w swoim kufrze.
Trabanta. Dzięki temu i jego najpoważniejszej życiowej (tej majsterkowania) dokonał generalnego remontu całej „hydrauliki” naszej kwatery (szkoły podstawowej). Woda, której dotąd nie było w ubikacjach i kranach, pojawiła się obficie nawet w kilku miejscach na suficie, ale wreszcie można było zaniechać biegania do odległej „stawoiki”. Wszystkie te wysiłki i poświęcenia dyrekcja szkoły kwitowała nadal niezmienną obojętnością, wynikłą z marginesowego — jak widać — traktowania posady pedagoga-dyrektora w czasach wakacji, gospodarującego jak na własnej wsi, także na gruntach I kategorii.
Nie wiadomo, które z tych zajęć było ważniejsze, które głównie Pałac Wielopolskich (obecnie Technikum Rolnicze) też straszył odpadającymi tynkami, bo nie było takiego, który złączyłby odstające rynny. Kazio jednak intensywnie malując i łowiąc ryby nie był w stanie zająć się jeszcze pałacem. Co tam zresztą pałac (zaledwie XVIII w.) wobec stojącej obok prawie tak samo pięknej i dziewiętnastowiecznej gorzelni (nie: naprawdę już nieczynna). Obiekty te wymieniam tylko jako motywy malarskie.
Frapująca okolica jest też rejonem lasu i wzgórz na południe od Chrobrza ze wsią Wolą i wspaniałymi wąwozami i wzgórzami. Dziwiła nas też wyjątkowa obojętność gospodarzy i wręcz niewiedza o problemach ekologii. We wspaniałym lesie sypały się dojrzałe maliny jak śliwki i poza nami nikt ich nie zbierał. Chroberz tonie w mroku zarośli — klonów, akacji, olch, osik, dzikiego bzu i innych chaszczy. Na tej glebie rosłyby zapewne najwspanialsze drzewa owocowe. Nie ma dla nich miejsca, choć zła woda powoduje tutaj jeszcze jedno wysypisko śmieci na końcu.
Dość tych opowieści o tytoniu i drzewach, wszystko to powinno być widoczne na obrazach.
Artyści natomiast — żywieni różnie: raz lepiej, raz gorzej w aktualnie trudnych warunkach zaopatrzenia przez delegowane do Chrobrza panie, przez przyjaznego nam poetę, a właściciela renomowanej firmy gastronomicznej Adama Ochwanowskiego z Pińczowa — pracowali w terenie w różnych rytmach i trybach własnej organizacji. Wiadomo było, że jeżeli już wstaje Staszek Mazuś — jest godzina 5 rano. Jeżeli o godzinie 19 słychać wracającego Trabanta — Kaziowi Perlińskiemu nie brała ryba, ale za to przywiózł 4 nowe obrazki. Noce należały wyłącznie do Kazika Kędzi, który za efekty fonetyczne i modulacje chrapań otrzymał honorowy tytuł „dyrektora tartaku”. Pogoda wyjątkowo upalna pozwoliła na intensywną pracę i sądzę, że galeria przy ul. Leśnej nie jest w stanie pomieścić na wystawie nawet połowy obrazów.
Kończąc w ubiegłym roku wstęp do katalogu wystawy w Chrobrzu, wyraziłem wówczas myśl o rozbudowaniu „Krajobrazów Kieleckich”, powrotu do skali międzynarodowego pleneru („X wieków Sandomierza” z 1981 r.) jako bazy przyszłego Biennale Krajobrazu Polskiego. Nie umiem jednak teraz nic konkretnego na ten temat powiedzieć. Wszyscy żyjemy w niepewności i niewiedzy o losach artystów plastyków w najbliższym czasie.
Obecna rzeczywistość przeładowana sprawami organizacji nowych struktur zdaje się pozostawiać jeszcze te zagadnienia poza sferą zainteresowań. Czas jednak bardzo szybko płynie. Jeśli plener 1983 r. wypadłoby podjąć kroki ofensywne na przyszły rok, jeżeli nie chcemy się znów cofnąć na pozycje zachowawcze. Dziś już odczuwamy brak profesjonalnej instytucji, która mogłaby sprawę rozwijać. ZPAP nie istnieje. Sztuka, według wstępnych orientacji, nie spieszy do maksymalistycznej intensyfikacji roboty organizacyjnej, a resort Kultury i Sztuki przy nawale wszechstronnych problemów kadrowych po prostu nie da fizycznie rady. Luka jednak rośnie. Zdaniem artystów profesjonalnych nic jej nie zapełni i nie wydaje się w takiej sytuacji zbyt realne zorganizowanie szybko wymarzonego przez nas w Kielcach Biennale. Chciałoby się zadziałać i przerwać tę sytuację, ale nie bardzo wiem jak. Jednocześnie zdając sobie sprawę z dotkliwie narastających obecnie ograniczeń w sferze materialnej i możliwości tworzenia kultury w dziedzinie plastyki. Po likwidacji ZPAP odczuwany jest ogólnie przez aktywną twórczo część środowiska plastycznego zastój organizacyjny. Ktoś to powinien dostrzec i przerwać sensowną decyzją, a nie tworzeniem symboli i nazw instytucji mało mogących i mało chcących. Za tymi sprawami stoi jeszcze masa ludzi, którzy nie nie zawinili, członków najliczniejszego kraju związku twórczego z olbrzymią problematyką: od poważnych problemów artystycznych do drobnych spraw własnych, w tym przyziemnych jak choćby utrzymanie się na minimalno-średnim poziomie krajowym."
BOLESŁAW CETNER
Wyszukał: Rafał Bochniak, chroberz.info















Autor: Rafał Bochniak, chroberz.info