Drukuj
Kategoria: Ludzie

grafika ludzie
Zdjęcie p. Stefana Brudza, które ukazało się w "Przemianach".

We wrześniowym numerze miesięcznika społeczno – kulturalnego „Przemiany” z 1982 roku, znalazł się obszerny materiał o mieszkańcu Wojsławic. Autorem publikacji był Stanisław Mijas, a jej bohaterem Stefan Brudz. Niezwykły obraz wsi XX wieku oraz drogi życiowej jaką przebył p. Stefan. Historia opowiedziana barwnie, którą czyta się jak najlepszą powieść. Zapraszamy do ciekawej lektury artykułu, którego skan dostępny jest w Świętokrzyskiej Bibliotece Cyfrowej. Poniżej całość, zredagowana przez Ewelinę.

„Najwcześniej budzą się jaskółki”

W Wojsławicach młynarzem jest naukowiec, magister psychologii. Facet rzucił karierę, oddał mieszkanie w Kielcach i pojechał na wieś, do młyna. W Sędowicach jest podobnie, syn młynarza zaprzestał kariery naukowej we Wrocławiu i też miele. Obaj ciekawi ludzie, warto do nich pojechać. Informacji tej treści udzielili mi znajomi przypadkowo. Kogóż by ona nie zainteresowała?

skan gazety

Jadę najpierw do Sędowic. Jest młyn nad rzeczką, z zakurzonych czeluści wychodzi sam młynarz. Istotnie, mimo roboczego ubioru, bardziej mi wygląda na intelektualistę, ale to nie ten, którego szukam. Podwójny mistrz – młynarski i magisterski (kolejność zdobywania tytułów była oczywiście odwrotna) wyjechał właśnie do Wrocławia, zastępuje go brat, nauczyciel szkoły średniej. Przyjechał tu na wakacje wraz z żoną, do roboty. „Gonią” malucha, na którego wpłacili po starej cenie. I chociaż w tym roku jeszcze go nie dogonią, to w każdym razie dzienny zarobek we młynie równa się jednej miesięcznej pensji nauczycielskiej. Co wcale przecież nie musi oznaczać, że zarobek młynarza jest wielki. Każdy może spróbować.

Do Wojsławic, jak wynika z mapy, nie tak daleko, parę kilometrów za Kazimierzą Wielką. Tylko że w Wojsławicach ani młyna, ani młynarza nie ma. No tak – są jeszcze drugie Wojsławice pod Chrobrzem. Tu istotnie odnajduję mgr Stefana Brudza. Nie wygląda na uradowanego tą wizytą, co wynika z przytoczonej niżej rozmowy:

- Pan ma nadzieję na mnie zarobić?

- Tak, właśnie po to tu przyjechałem. Czy ciekawi pana, ile ewentualnie zarobię?

- Nie, ciekaw za to jestem, kto mnie zadenuncjował.

- Przykro mi, ale nie mogę wyjawić nazwisk. Czy mimo to zgadza się pan na rozmowę ze mną?

- Choćby zaraz. Albo w poniedziałek, będzie świniobicie.

Któż by nie przystał na poniedziałek! Przyjeżdżamy, a tu świnia leży sobie leniwie w chlewie, wokół młyna cisza, tylko kundel Kuba pasie gęsi na błoniach. Czyżby magister skrewił? Nie, wyłania się po chwili z sionki drewnianego domku i zaprasza do wewnątrz. Zejdzie parę minut, zanim wyciągnę notes. Spokojny, a nierozmowny młynarz zaczyna swą opowieść. Metodycznie, planowo, ze szczegółami, którym sam nadaje hierarchię wartości.

  1. Gleba

Urodził się w Krzyżanowicach, parę lat przed wojną. Rodzice mieli dwunastohektarowe gospodarstwo, ale dostatku nie było. Później przenieśli się do sąsiedniej Kowali, gdzie Stefan ukończył czteroklasówkę. Ponieważ dalej już szkoły nie było (okupacja), obijał się przy gospodarstwie, pasł gęsi („To były takie czasy, proszę pana, że gęsi się pasało, a nie zamykało się w zagrodzie i dawało paszę”). W 45 wybuchła na wsi psychoza nauki, uczenia się. Kto młody, chciał się oderwać od ziemi. Starzy ją dostawali z reformy, a dzieci wysyłali do szkół. To nobilitowało. Jagosia – dziewczyna z sąsiedztwa – „biła na maszynie” w urzędzie i w opinii wsi była ważniejsza od hrabianki. Nowak Gienek jeździł na traktorze w POM-ie i wzbudzał powszechną zazdrość, jak on potrafi tak jeździć. To była fascynacja młodych, bo starzy bili się o każdy skrawek ziemi, w Krzyżanowicach szwagier szwagra zasiekł kosą. Uprawianie ziemi było niewolnictwem, pracowało się kosą, sierpem, motyką i pługiem konnym. Brudna robota, łapy ciągle w gnoju utytłane. Teraz jeszcze widuje się na jarmarkach chłopów „prosto od pługa”, ale są czyściejsi, oprani. Jadło się też prymitywnie: chleb, mleko, kartofle, kluski. Gospodarz, prawdziwy gospodarz jadał domowej roboty makaron kraszony słoniną. Od święta. Czasem około Wielkanocy, ktoś ubił świniaka.

Walka, twarda walka o byt kształtowała stosunki międzyludzkie, w których nie było miejsca na życzliwość. Odskocznią od tej rzeczywistości były wesela i „grania”. Jak Jonek Trzcinka, samouk pociągnął smykiem po skrzypcach, a Stefek Bałaga zadął w klarnet (Jonek jeszcze żyje), a Heniek Mazurek puścił zgrubiałe paluchy po kornecie (Heniek zginął w wypadku motocyklowym) – inne życie było na wsi. Same nogi niesły. Czekało się tylko niedzieli.

Żeby się wyróżnić, trzeba było być zuchem: nie dać się ubić, a innych ubić. Takie miał poważanie. Do ubicia byli przede wszystkim obcy – z innych wsi, a bitkę reżyserowało samo życie. Prosi taki obcy dziewczynę do tańca, a zuch zatrzymuje muzykę, płaci i pokazuje palcem, wzywając po imieniu, kto jeszcze może tańczyć. Nikt więcej. Wtedy dziewuchy wychodziły, a zuch krzyknął na całe gardło: My hulomy, nase się gro! A jak do tańca przystąpił nieproszony, trza go było wyłączyć. I wtedy zaczynała się bitka. Przeważnie z nieboszczykiem w finale. To była druga fascynacja Stefka. Z dumą pokazuje bliznę – o, tu mnie chlasnął ten ze starszej siajki.

Stefek przewodził młodym – dzieciom prawie, a chadzał najchętniej z Jonkiem od Krawców, którego matka porzuciła i u ciotki się wychowywał. Ze starszemi poszli do Zakrzowa, ale oberwali i musieli spływać do wsi. – Jak kowalony, to ich trza bić. To było otwieranie oczu. Wszyscy uciekli, a Stefek z Jonkiem zostali i plecami do drzwi torowali sobie drogę. Mieli sprzęt: w jednej ręce majcher, a w drugiej gutypera. Gutypera to była sprężyna obszyta rzemieniem, zakończona, też obszytą, kulką ołowiu, dla wygody – z rękojeścią. Do drzwi na strych po drabinie wybili do dziurę w strzesze i – hyc do ogrodu. Tak uciekać żaden wstyd.

To trzeba było zrobić na oczach wszystkich, żeby wszyscy widzieli i potem opowiadali, że nikogo się chłopcy nie boją. Jeśli kto uciekał chyłkiem, to był papraniec i wszyscy nim gardzili. Wszyscy. Tak, jak gardzili Kurzają, złodziejem od kur. Konia ukraść, zboże, krowy wyprowadzić z obory – to było coś, co wzbudzało podziw nawet u pokrzywdzonego. Fachowość i odwaga były w cenie przede wszystkim.

Jednego w rodzinie Stefka wyuczyli na księdza, stryja Wiktora. Ponieważ jednak bez matury do seminarium nie przyjmowali, stryj Wiktor wstąpił najpierw do szkoły organistów w Przemyślu. Już bliżej, ale jeszcze nie to. Młody organista ( po małej maturze) wstąpił do nowicjatu. Przyjechał do Krzyżanowic, zasiadł na chórze przy organach i ludzie gęby rozdziawili, odwracając głowy od ołtarza. Ciarki przechodziły po człowieku od tego grania. Na 24 morgach gospodarze nie mogli wykierować Wichtusia do dużej matury, poszedł więc do Salezjanów i przed samą wojną maturę zdał, przedtem jednak odbył „studentat” – warunkowe studia na teologii. Gdy zapadła wojna, stryj Wiktor do Turynu i tam ukończył studia, w 42 został wyświęcony na księdza. Był kapelanem w wojsku polskim i w oddziałach Tovliattiego, który odznaczył go orderem Stella Rosa. Bardzo mu się to po wojnie przydało w kraju. Ale o rodzinie nigdy nie zapomniał, a szczególnie o Stefku, który bez jego pomocy i opieki pewnie by młodość przechuliganił.

Żeby się w szkole pokazać, trzeba było mieć stosowne ubranie. Rodzice Stefka właśnie spłacali długi i spadkobierców. Wtedy zainteresował się chłopcem miejscowy nauczyciel, Sierakowski („Pójdź dziecię, ja cię uczyć każę”). Tadeusz Sierakowski z Krzyżanowic wyuczył chłopaka z polskiego i matematyki, to znaczy przerobili czytanki i ułamki, ale do dziesiętnych już nie doszli. Co robić dalej? Stryj Wiktor zaprotegował bratanka do Niższego Seminarium Duchownego w Marszałkach pod Kępnem. Sam pojechał, pod koniec października. Spóźnił się trochę, ale na półrocze miał tylko jedną trójkę – z angielskiego, pierwszą gimnazjalną (był rok 47) ukończył chlubnie, same piątki i czwórki. Wyszedł na swoje: matura w kieszeni (9 klas po reformie szkolnictwa), ale prywatna. Stryj mieszkał wtedy w Lublinie i tu z kolei zaprotegował Stefka do dziesiątej klasy Gimnazjum, a raczej już Liceum Biskupiego, gdzie szkolono kadry dla Seminarium. Ukończył rok, ale z miernymi wynikami. Tu pierwsza niewdzięczność wobec stryja: przepisanie się do klasy maturalnej w liceum dla pracujących. Już jest na twardym podłożu. I wtedy dowiedział się, że na KUL-u przyjmują kandydatów (bez matury) na studentów nadzwyczajnych. Wtedy nie tylko profesorowie mogli być nadzwyczajni. Zaczął się rozdział drugi.

  1. Od świętego Augustyna do Marksa

Nadzwyczajny student filozofii musiał przed ukończeniem roku akademickiego przedłożyć w dziekanacie świadectwo dojrzałości, opracowując jednocześnie na seminariach Epikura. Wśród kolegów uchodził za studenta zwyczajnego, kto tam wiedział, czego się uczy po nocach. W grudniu 51 przystąpił do matury jako ekstern, co tam zawracać sobie głowę wieczorówką. Zdał – z 12 przedmiotów! Panie w dziekanacie, jak zobaczyły papierek, wyściskały go i wycałowały. Nigdy im tego nie zapomni, szczególnie pani Królikowskiej. Miał maturę i był studentem zwyczajnym. Bez łaski i protekcji. Wziął się za Epikura, mimo iż zaprogramowano go na potulnego katolika, a przecie Epikur to hedonista, chociaż w sensie intelektualnym, nie sybaryta. Następni koledzy: Demokryt, Feuerbach, Hegel i Marks. Obcowało się z nimi na przemian ze św. Augustynem, Arystotelesem i Tomaszem z Akwinu – fundamentem dogmatu. „Zeszedł” na indyferentyzm: poznawał wszystkie poglądy, ale z żadnym się nie zgadzał. Kolejna niewdzięczność wyrządzona stryjowi Wiktorowi.

Przyszedł rok 56 i wessał Stefka do odwilży. Wespół z kolegami założył Rewolucyjny Związek Studentów i wydał trzy numery pisma „Pod wiatr”. Tyle zdążyli, bo wiatr się zmienił. Całymi nocami dyskutowali pod wodzą Leszka Siemiona, było wesoło, ale krótko. Pismo zawieszono z braku papieru. W rok później dyplom magistra psychologii ze specjalnością psychologii pracy. Pierwsza praca logopedy (to z samouctwa) w Związku Głuchych i jednocześnie wędrówki prelegenta w TSŚ, które magistra Brudza wykreowało na specjalistę od antyklerykalizmu i marksizmu. Przemawiał mądrze i bez demagogii, twarde miał atuty w ręku. Też KW chętnie przyjęło lektora – eksperta od polityki wyznaniowej, bo w 63 roku i do partii przyjęli. Wtedy też jakoś zobaczył na wsi córkę młynarza – Ewę. To właśnie ta. Dorodna, nie zmanierowana. Ślub cywilny i, do Kielc, gdzie mgr Brudz stawiał na nogi Spółdzielnię „Oświata”. Na pieczątce miał napisane „dyrektor”, trzy patole pensji plus kursy. Urodził się syn Czarek. W komitecie dyrektora chwalili, mieszkanie było, a spółdzielnia dostała nawet lokal na biuro, przez co prestiż firmy wyraźnie wzrósł. W któreś wakacje przyjechali do teścia, który kończył 80 lat i twardo trwał przy młynie. Wójcik Władysław znanym był w okolicy kułakiem i gospodarzem z gestem, dającym godziwy utarg panu Kawiorskiemu w knajpie „Jutrzenka” w Chrobrzu. Był poważany – osoba najznaczniejsza w okolicy. Magister Brudz obejrzał młyn, sceptycznie ocenił poczynania młynarzyków (niedobory, zła jakość, zawyżony „rozkurz”) i właśnie wtedy tknęła go, jak powiada, chłopska natura. I tu rozpoczął się rozdział następny.

  1. Z inteligenta chłop

Pod koniec wakacji powiada do teścia: ja ten młyn wezmę. Ale teść był twardy i nie bardzo się ucieszył. Do pomocy – tak, ale od razu brać? Trochę jakby za szybko. A zaś być u teścia za parobka – nijako. Później będziemy o tym rozmawiać – powiada magister – teraz trzeba młyn wyremontować i zrobić porządek. Był rok 66, psycholog szybko pojął arkana młynarskie i poddał się kolejnej życiowej próbie: złożył przed Wysoką Izbą egzamin czeladniczy. Wymówił robotę w Kielcach i przystał za pomocnika do teścia. Żona śmiała się, gdy ładowali graty na samochód i oddawali klucze, że go gleba wzywa.

We młynie był jeden sulewnik, jeden zuber (łuszczarka) i tyle samo odsiewacza. Żaden młyn. No i zaraz obora się zawaliła, stodoła zapadła, a młyn na palach zaczął się przechylać. Od czego zacząć? Od zdobycia pieniędzy na remonty. Tytoń, pomidory, ogórki, mak pieprz, 1200 porzeczek – sadzonek. Rozejrzał się po zbiorach za majstrem, który by podniósł młyn i osadził go na nowych palach. Żaden inżynier by się tego nie podjął, ale na wsi zawsze znajdzie się taki majster, który robi rzeczy niewykonalne, a w tym przypadku okazał się nim Janicki z Mozgawy. Stanął na nowych nogach młyn, zyskując przy okazji nowe wnętrzności.

Wieś się przyglądała, a poniektórzy śmiali lekceważąco. Niech no ten inteligent najpierw pokaże, czy umie kosić. Pokazał. Każdy umie kosić i bronować, ale żeby tak prościutko przez pole przejechać, to trzeba umieć. Już się nie śmiali, kilka stopni do rolnika podskoczył. Gdy siekierką rąbał resztki ze starego młyna, żona i teściowa płakały: taki warsztat palić! Ale im właśnie zawdzięcza sukces. Raz się zdenerwowały, gdy prace przeciągały się poza rok i końca widać nie było. Ile można się z tym cackać? – Won wszyscy do młyna, tam śpijcie i jedzcie, może szybciej skończycie. Tak się stało.

Na wsi mówią o Brudzu – głupio uczciwy, nie dochodzi sprawiedliwości, z nikim się nie kłóci; raczej ustępuje, ale miele fachowo, czyściutko. I bez protekcji. Każdy musi odczekać swoją kolejkę, choćby był sekretarzem albo proboszczem. Chyba że z daleka. Dziwny ten Brudz jest: każdemu napotkanemu mówi dzień dobry, w kościele nie klęka tylko stoi. Dobry. Raz przecie nie ustąpił. Przyszli na niego Władek z Wojnowic i Józek z Aleksandrowa. Józkowi darował po chrześcijańsku, ale Władkowi nie. I spokój, nikt już nie szuka zaczepki.

Żonie, której do tej pory ten cywilny ślub nie przeszkadzał, przychodziły różne myśli do głowy, aż rzekła przy wieczerzy: - Tak mnie pochowają bez księdza? No, to wziął z Kurii blankiet Matrimonium Mixtum (małżeństwo mieszane), wypełnił i poszli do kościoła na ślub. Pan młody znowu na stojąco i bez sakramentów. Żona podpisała, że będzie wiernie trwać przy wierze katolickiej, wypełniać obowiązki religijne i uczyni wszystko, by nie utracić wiary, a także wszelkimi siłami starać się będzie, aby wszystkie dzieci zostały ochrzczone w kościele katolickim i wychowane w tej wierze. Narzeczony oświadczył uroczyście, że nie będzie żonie stawiać żadnych przeszkód w wypełnianiu jej zobowiązań. Po 15 latach konkubinatu zostali małżeństwem. Czarek zdał do trzeciej technikum. Gabrysia ma 11 lat. O sprawach religii nie rozmawia się w tym domu. O pieniądzach też. Matka magistra Brudza cieszy się, że jej syna szanują jako uczciwego młynarza, proboszcz zajrzy czasem na pogawędkę przy lampce nalewki, resztę wolnego czasu pochłaniała magistrowi praca w miejscowej organizacji partyjnej, gdzie nie tak jeszcze dawno był sekretarzem. Nie jest już sekretarzem, a legitymację mu odebrali.

Gdy wyjeżdżał z Kielc, poprosił macierzystą organizację partyjną o przeniesieni. Postawili tylko jeden warunek: - Będziesz działał? – Będę. Ale przewodniczący GRN w Chrobrzu (nie sekretarz partii) oświadczył krótko: Przemysłowców nie przyjmujemy. Przyjęli i wybrali sekretarzem na 10 lat. Nie mieli towarzysze z powiatu i województwa łatwego życia z Brudzem. Jeszcze za Gomułki wystąpił publicznie przeciwko sprzedaży wiązanej dla rolników (5 metrów węgla, 3 miału itp.), jako dialektyk poszedł dalej: - To my też mamy prawo do takiej sprzedaży. Jak chcecie od nas świnię, to musicie przy niej kupić zdechłego psa albo kota. Zaś na konferencji powiatowej (to już za Gierka), gdy delegat z KW zapowiadał dobrobyt, a to z technologii, licencji i kontraktów z imperializmem, na to Brudz dialektyk: - Co wy tu mówicie, towarzyszu, przecież socjalizm jest wyższą formą gospodarowania, dla nas byłby zaszczyt, gdyby oni tu kupowali. Delegat go podsumował i poradził, by się zajmował sprawami gminy.

No, to się zajął. Podczas wyborów, starannie, nawet bardzo starannie przygotowanych przez powiat, Brudz nie wytrzymał: - To tak, jakby w sklepie były same lewe gumioki i każdy mógł sobie wybrać parę. Tym wystąpieniem już sobie bardzo zaszkodził, ale nadal pisał protokoły i rekomendacje do partii. Jak przyszedł sierpień 80, Brudz mówi do delegata z województwa: - To jest autentyczny, plebejski ruch, powinniśmy stanąć na jego czele, a tymczasem klerykały nas wyprzedzają. W Nieprowicach zbierają na mszę za „Solidarność”, a nabożeństwo kosztowało 40 tys. Walczymy z autokracją i mamy dać wpędzić się w drugą? To samo powiedział księdzu. Każdy swoje o Brudzu pomyślał, a Misztal dodał: - To, że się zapisałeś, to nic. Ale po co zakładasz? – A kto ma zakładać, kościelny i organista? Tyle sobie pogadali. Tylko troje towarzyszy było przeciwko wykluczeniu. Brudz doradził egzekutywnie, jak to napisać w protokole, żeby było zgodnie ze statutem. Przydał się i tym razem.

  1. Dzień

Najwcześniej budzą się jaskółki i zaczynają swoje trele na rozwieszonych drutach. Najwdzięczniej świergocą. Później gawrony. Pokraczą i idą za żerem. Teraz odzywają się zięby, wilgi i dzięcioł, gołąb, kos i zaraz wszelaki drobiazg ptasi. W tym półśnie i półjawie budzę się wraz z wróblami, które są leniwe, bo wstają dopiero po wschodzie słońca. Pełno tu u nas ptactwa. I psów. I kotów, które strzegą młyna przed gryzoniami. Ale największym drapieżnikiem jest człowiek. My tutaj żyjemy w pełnej symbiozie.

  1. Temat

Praca magisterska Stefana Brudza nosi tytuł: „ O wydolności mięśniowej”.

Zredagowała: Ewelina, chroberz.info

Zachęcamy do zapoznania się z pozostałymi artykułami z cyklu "Ludzie"